Nie jestem Syzyfem

Wczoraj poczułem jak ostatnie parę lat mojego życia - czas, w którym rozpocząłem terapię, zacząłem brać antydepresanty i próbowałem inaczej spojrzeć na świat - zostały unicestwione. Jedno zdanie, jeden pełen niedowierzania uśmiech i już. Tylko tyle było potrzebne.

Ludzie są tak cholernie, kurewsko nieświadomi. A tym razem byłem tak blisko, że niemal widziałem już siebie na szczycie.

Podsumujmy:

  1. Trzy lata terapii właśnie poszły się jebać. Poczułem, że moja terapeutka okłamywała mnie cały ten czas i jest dokładnie tak jak myślałem zanim do niej przyszedłem: wszyscy ludzie są właśnie takimi chujkami za jakich ich brałem.

  2. Ludzie. Ludzie wszędzie dookoła. Nie ma już dokąd uciec. Wszystko co widzę, co jem, co słyszę, czytam i czego dotykam zostało stworzone przez ludzi. Brzydzę się tym, gardzę tym. Muszę się od tego odciąć - od wszystkiego i wszystkich.

  3. Wszyscy ludzie zasługują wyłącznie na pogardę, powinienem więc wyzbyć się wszelkich skrupułów wobec nich - empatii, współczucia, żalu. To tylko worki mięsa, gadające worki mięsa. Nie obchodzi mnie to co czują. Nie obchodzi mnie co myślą. Chcę tylko wyssać ich i wyrzucić do śmieci.