jeden

Niedługo skończę czterdzieści lat. Kiedy o tym myślę, widzę inżyniera Karwowskiego, w nieodłącznym kasku i z późnopeerelowskimi wąsami, jak krzyczy na Maliniaka. Ten obrazek nijak nie pasuje do mnie, kiedy staję przed lustrem i widzę swoją twarz.

Tomasz Beksiński w moim wieku szykował już tabletki.

W miarę jak zbliżam się do moich czterdziestych urodzin zdaję się oddalać coraz bardziej od mojego życia i patrzeć na nie z boku. To chyba jest właśnie ten sławny kryzys wieku średniego - kiedy budzisz się rano (żeby pójść do tej samej pracy, żeby móc spłacić kredyt i kupić sobie jeszcze więcej gówna, które do niczego ci się nie przyda) i patrzysz na siebie w łazienkowym lustrze: na przerzedzające się, siwiejące włosy, na brzuch, którego nigdy już nie zrzucisz, na pojawiające się na twarzy zmarszczki. Patrzysz, i zdajesz sobie sprawę, że teraz rozkład będzie już tylko postępować, a twoje życie już do końca tak właśnie będzie wyglądać. Nie zostaniesz już tym sławnym sportowcem, gwiazdą rocka, aktorem, którym chciałeś być tak niedawno temu.

Nie zostaniesz też pisarzem.